Podczas pobierania nauki w klasie drugiej i trzeciej Marcin Borowicz nadal mieszkał na stancji u pani Przepiórkowskiej. Uczniem był przeciętnym, nie wykazując zbytnich postępów w zdobywaniu wiedzy.
Coś się zmieniło dopiero w 2 semestrze trzeciej klasy. Wtedy wziął się bardziej do nauki. Wiosną tego roku chłopcy mieszkający u "starej Przepiórzycy" chodzili do parku by w tajemnicy strzelać z pistoletu, przywiezionego przez Szwarca. Chłopcy celowali do starej wierzby nie czyniąc nikomu ani niczemu krzywdy.
Pewnej niedzieli, gdy po raz kolejny zgodnie z ustalonym rytuałem przygotowywali się właśnie do strzelania, nagle nakrył ich żandarm. Chłopcy rzucili swoje skarby w krzaki i uciekli. Niestety Marcin i Szwajc. Wpadli w jego ręce i zostali odprowadzeni do gimnazjum. Na mieście pojawiły się przeróżne niesamowite historie, na temat tego kto to został złapany.
Chłopcy całą noc spędzili w klasie, zamienionej na więzienie. Marcin nie zmrużył w tym czasie oka, zamartwiał się tym co będzie. Bał się straszliwie, tego co ich czeka. Młode serce chłopca wykazywało olbrzymią skruchę. Szukał on nawet ratunku u Boga.
Szwajc zaś wyspał się, zjadł chleb przeznaczony dla obu chłopców i siedząc na pierwszej ławce, butnie zastanawiał się jak dostana w tyłek. Marcin uciszał go, ale bez skutku. W końcu Borowicz nie podjął rozmowy i Szwajc zamilkł. Była 7 rano. Koło 8 pojawił się pan Majewski i zabrał więźniów na piętro, do kancelarii. Marcin szedł jak skazaniec. W sali, do której otworzono im drzwi, zgromadzili się wszyscy nauczyciele. Chłopcy zostali postawieni przed nimi, a dyrektor zabrał głos i oświadczył, iż wezwano ich rodziców i zostaną wydaleni ze szkoły. Jednak chłopcy najpierw mieli się przyznać do winy. Szwajc szybko wszystkiemu zaprzeczył, co wydawałoś się Marcinowi złą taktyką.
Borowicz zastawiał się w myślach co odpowiedzieć gdy sam zostanie zapytany. W końcu odpowiedział twierdząco, ale wiedziony jakąś wewnętrzną myślą, rzekł że strzelał bez prochu. Miny nauczycieli były dziwne, jakby zdjęli z twarzy maski. Nagle ku zaskoczeniu skazańców zaczęli się oni śmiać z odpowiedzi Marcina. Nawet dyrektor nie zachował powagi. Chłopcy powrotnie trafili do kozy. Po czym poszli na lekcje. Po pewnym czasie dowiedzieli się, iż w drodze łaski spędzą tylko długi czas w kozie, o wodzie i chlebie.
Fakt, że nie został wyrzucony ze szkoły, Marcin przypisywał swojej nieżyjącej matce i po odbyciu kary poszedł się pomodlić do całkowicie pustego kościoła. Schował się w najbardziej opuszczonym miejscu. Klęczał tam zatopiony w modlitwie aż do samego wieczora. W końcu wystraszył go stamtąd kościelny.
Następnego dnia rankiem, chłopiec też udał się do kościoła by się modlić. Stało się to jego nową tradycją. Pewnego razu usłyszał kazanie o modlitwie, wypowiedziane przez księdza staruszka. Wziął sobie je do serca i zaczął wprowadzać w życie. Doszedł do wniosku, że wszystko co robi w ciągu dnia uzależnione jest od jego porannych modlitw. Zostawiał przed Bogiem swoje radości i troski, a modlitwa stanowiła dla niego motor do nauki.
Wierzył, że jego pacierze mają sens. Dało to oparcie sierocemu sercu. Czuł nad sobą opiekę matki i płaszcz boży.
Każdego dnia o tej samej porze w kościele zjawił się też jakiś mężczyzna. Stawał obok skrzyni pełnej świec i modlił się aż do ósmej. Marcin nie widział biedy jaka biła z jego postaci. Traktował go jednak jak towarzysza swoich rozmów z Bogiem. Pewnego razu spotkał go poza kościołem i wtedy zobaczył jak bardzo zniszczone sa jego ubrania, a on sam wyniszczony.
Mężczyzna mijając Marcina rzucił mu uśmiech. W sercu chłopca zrodziło się wzruszenie na ten widok. Pomyślał, że pewnie po śmierci, cnotliwe dusze takimi właśnie uśmiechami, pozdrawiają się przed obliczem Boga.