Streszczenie rozdziału 9

 

Streszczenie Syzyfowe Prace - rozdział 9

Podczas pobierania nauki w klasie drugiej i trzeciej Marcin Borowicz nadal mieszkał na stancji u pani Przepiórkowskiej. Uczniem był przeciętnym, nie wykazując zbytnich postępów w zdobywaniu wiedzy.

Coś się zmieniło dopiero w 2 semestrze trzeciej klasy. Wtedy wziął się bardziej do nauki. Wiosną tego roku chłopcy mieszkający u "starej Przepiórzycy" chodzili do parku by w tajemnicy strzelać z pistoletu, przywiezionego przez Szwarca. Chłopcy celowali do starej wierzby nie czyniąc nikomu ani niczemu krzywdy.

Pewnej niedzieli, gdy po raz kolejny zgodnie z ustalonym rytuałem przygotowywali się właśnie do strzelania, nagle nakrył ich żandarm. Chłopcy rzucili swoje skarby w krzaki i uciekli. Niestety Marcin i Szwajc. Wpadli w jego ręce i zostali odprowadzeni do gimnazjum. Na mieście pojawiły się przeróżne niesamowite historie, na temat tego kto to został złapany.

Chłopcy całą noc spędzili w klasie, zamienionej na więzienie. Marcin nie zmrużył w tym czasie oka, zamartwiał się tym co będzie. Bał się straszliwie, tego co ich czeka. Młode serce chłopca wykazywało olbrzymią skruchę. Szukał on nawet ratunku u Boga.

Szwajc zaś wyspał się, zjadł chleb przeznaczony dla obu chłopców i siedząc na pierwszej ławce, butnie zastanawiał się jak dostana w tyłek. Marcin uciszał go, ale bez skutku. W końcu Borowicz nie podjął rozmowy i Szwajc zamilkł. Była 7 rano. Koło 8 pojawił się pan Majewski i zabrał więźniów na piętro, do kancelarii. Marcin szedł jak skazaniec. W sali, do której otworzono im drzwi, zgromadzili się wszyscy nauczyciele. Chłopcy zostali postawieni przed nimi, a dyrektor zabrał głos i oświadczył, iż wezwano ich rodziców i zostaną wydaleni ze szkoły. Jednak chłopcy najpierw mieli się przyznać do winy. Szwajc szybko wszystkiemu zaprzeczył, co wydawałoś się Marcinowi złą taktyką.

Borowicz zastawiał się w myślach co odpowiedzieć gdy sam zostanie zapytany. W końcu odpowiedział twierdząco, ale wiedziony jakąś wewnętrzną myślą, rzekł że strzelał bez prochu. Miny nauczycieli były dziwne, jakby zdjęli z twarzy maski. Nagle ku zaskoczeniu skazańców zaczęli się oni śmiać z odpowiedzi Marcina. Nawet dyrektor nie zachował powagi. Chłopcy powrotnie trafili do kozy. Po czym poszli na lekcje. Po pewnym czasie dowiedzieli się, iż w drodze łaski spędzą tylko długi czas w kozie, o wodzie i chlebie.

Fakt, że nie został wyrzucony ze szkoły, Marcin przypisywał swojej nieżyjącej matce i po odbyciu kary poszedł się pomodlić do całkowicie pustego kościoła. Schował się w najbardziej opuszczonym miejscu. Klęczał tam zatopiony w modlitwie aż do samego wieczora. W końcu wystraszył go stamtąd kościelny.

Następnego dnia rankiem, chłopiec też udał się do kościoła by się modlić. Stało się to jego nową tradycją. Pewnego razu usłyszał kazanie o modlitwie, wypowiedziane przez księdza staruszka. Wziął sobie je do serca i zaczął wprowadzać w życie. Doszedł do wniosku, że wszystko co robi w ciągu dnia uzależnione jest od jego porannych modlitw. Zostawiał przed Bogiem swoje radości i troski, a modlitwa stanowiła dla niego motor do nauki.

Wierzył, że jego pacierze mają sens. Dało to oparcie sierocemu sercu. Czuł nad sobą opiekę matki i płaszcz boży.

Każdego dnia o tej samej porze w kościele zjawił się też jakiś mężczyzna. Stawał obok skrzyni pełnej świec i modlił się aż do ósmej. Marcin nie widział biedy jaka biła z jego postaci. Traktował go jednak jak towarzysza swoich rozmów z Bogiem. Pewnego razu spotkał go poza kościołem i wtedy zobaczył jak bardzo zniszczone sa jego ubrania, a on sam wyniszczony.

Mężczyzna mijając Marcina rzucił mu uśmiech. W sercu chłopca zrodziło się wzruszenie na ten widok. Pomyślał, że pewnie po śmierci, cnotliwe dusze takimi właśnie uśmiechami, pozdrawiają się przed obliczem Boga.


Szukaj innych prac na sciagawa.com.pl (wyszukiwanie wewnątrz strony):
Twoja wyszukiwarka
Strona główna