Streszczenie rozdziału 7

 

Streszczenie Syzyfowe Prace - rozdział 7

W klasie pierwszej, do której przed wakacjami otrzymał promocję bez trudu, chłopiec opuszcza się w nauce. Jeszcze do Bożego Narodzenia jakoś mu szło, potem zaś udawał tylko, iż się uczy. Czyni to zarówno w szkole jak i przed chłopakiem udzielającym mu korepetycji.

Latem tego roku umarła Pani Borowiczowa. Marcin nie bardzo początkowo zrozumiał co się stało. Nie czuł smutku, a swoje łzy i pozorną rozpacz udawał, bo słyszał, że tak wypada. Ojciec zabrał go do domu, z którego nie tak dawno wyniesiono ciało jego matki. Był on pusty i ewidentnie zaniedbany. Marcin dopiero tam odczuł, że matki już nie ma. Widząc puste nie posłane dotąd łóżko i jej spluwaczkę przy łóżku.

Stało się to pod koniec wakacji, wiec powrót do szkoły oderwał go od zmartwień. Wracał tylko pusty pokój w chwilach słabości i boleści. Ojciec pozostał sam na gospodarstwie i nie miał czasu dla syna, dbał tylko o to by było na opłaty. Nie miał z kim dzielić się troskami i radościami.

Pana Borowicz interesowało tylko czy syn dostaje pozytywne oceny. Chłopiec poczuł się opuszczony.
Zawarł wtedy znajomość z młodym Wilczkiem powtarzającym pierwszą klasę. Jedynak, syn bogatej matki będącej lichwiarką. Kombinował on w szkole na każdy możliwy sposób. Uciekał w niedziele i święta z kościoła. Marcinek był pod jego dużym wpływem i przejmował jego zachowania. Zaczął chodzić na wagary, jak jego kolega ze szkolnej ławy.

W grudniu podczas jakiegoś świątecznego dnia. Marcin wiedziony przez Wilczka, uciekł z nim przed nabożeństwem o godzinie 10 na miasto. Tam zaczęli bawić się na lodzie i taplać się w rzece. Zmarznięty Marcin chciał wrócić do Kościoła, jednak Wilczek kpiąc z niego wyśmiewał jego chęć powrotu, jako objaw lęku przed nauczycielami i księdzem.

Marcin biegiem wracał do miasta, słysząc wykpiwania Wilczka. Dobiegł do kościoła, a po drodze miał wrażenie, iż wszyscy widzą jego niegodziwości. Chłopiec zakradł się na chór po cichu. Nie chcąc być zauważonym, by nie dostać uwagi od nauczyciela.

Prawie mu się to udało, ale jego drogę zagrodził klęczący ksiądz Wargulski. Chłopiec skrył się w framudze okiennej by nie zostać nakrytym. Kanonik zatopiony do tej pory w modlitwie, zaczął śpiewać modląc się za cara. Uczniowie odpowiedzieli mu śpiewem hymnu carskiego.

Otworzyły się drzwi i ktoś nagle ruszył na górę po schodach. Marcinka opanował złowróżbny strach. Inspektor gimnazjalny jednak go nie zauważył, wpadł zaś na księdza kanonika. Mężczyzna zwrócił uwagę kapłanowi, że hymn miał być śpiewany po rosyjsku. Wywiązała się dyskusją. Ksiądz oświadczył, że w kościele dzieci będą wbrew rozkazom, śpiewać po polsku. Krzyczącemu inspektorowi, iż to jego rozkazów powinni się wszyscy słuchać, ksiądz wskazał drzwi, a właściwie za nie go wyniósł.

Marcinek chcąc zobaczyć co się będzie działo szedł za nim. Kanonik wypchnął Rosjanina, który zrezygnował z dalszej kłótni i odszedł. Kapłan upewniwszy się, iż nikt tego nie widział zaczął wracać na górę i wpadł po drodze na chłopca. Obejrzał małego świadka, pewnego już w tej chwili że wyrzuca go ze szkoły. Ksiądz jednak zakazał mu tylko rozpowiadać o tym co się stało. Marcinek zaś przyrzekł mu całkowite milczenie w tym temacie.


Szukaj innych prac na sciagawa.com.pl (wyszukiwanie wewnątrz strony):
Twoja wyszukiwarka
Strona główna