Marcin z matką wracali bryczką do Gawronek. Zapadał już zmierzch. Był przeddzień Zielonych Świąt, Pani Helena przebywająca z interesem w Klerykowie, wyprosiła urlop dla syna na święta. Nikt w domu nic o tym nie wiedział, miała to być niespodzianka.
Było już ciemno gdy wracali, Marcin wsłuchując się w otoczenie poczuł znów się małym chłopcem, a nie statecznym gimnazjalistą. Pamiętał jak biegał boso po łące i łowił ryby.
Droga była dość trudna, ale znana mieszkającym tu ludziom, więc jechali spokojnie. Marcin miał wrażenie że odgłosy opowiadają mu ostatnie losy okolicy, od czasu gdy wyjechał.
Jego myśli przerwał głos Jędrzeja, który powoził. Opowiedział on mu o tym, że ukradli im swego czasu ulubienicę folwarku, gniadą klacz. Była to wielka strata dla folwarku, poza tym od tej pięknej, szczególnie zimą, klaczy nie raz źrebaki ratowały ich finansowo.
Cztery tygodnie wcześniej Jędrek z Wincentym spali w stajni. Drzwi były uchylone bo było bardzo duszno. Rano Wincenty stwierdził że brak klaczy. Zaczęli jej szukać, ale ślady kończyły się przed stawem. Dalej zaś nigdzie śladów nie było. Nawet Ksiądz w kościele powiedział, że ukradli konia Borowiczom. Wszyscy mieszkańcy dworu szukali jej po okolicy do samego w wieczora, ale bez skutku.
Gdy po powrocie siedzieli smutni w domu Jędrek usłyszał rżenie kobyły i poszedł jej szukać. Kobyla uciekła złodziejom i wróciła do domu. W dworze zapanowała radość, klacz zaś dostała dobre jedzenie. Marcinek słuchał opowieści o ukochanej klaczy z nieskrywanym wzruszeniem obserwując ją przy tym bardzo dokładnie.
Oboje z matką byli już zmęczeni podrożą, chłopiec złożył głowę na dłoniach pani Heleny. Szczęśliwy, że wraca z nią do domu. Kobieta też przepełniona była radością, ale jednocześnie myślała o czymś intensywnie. Cicho szepnęła mu do ucha, czy zawsze będzie ją kochał. Marcinek rozpłakał się w odpowiedzi.
W dali widać już było światła w domu Borowiczów. Marcinek skoczył ku kapliczce obrośniętej bzem. Urwał kilka gałęzi dla matki, dogonił wózek i rzucił kwiaty matce na kolana. Ta ze wzruszenia nie robiła mu nawet wymówek, że obrabował kapliczkę z pachnących gałęzi.