Streszczenie rozdziału 5

 

Streszczenie Syzyfowe Prace - rozdział 5

Za pruskim murem, obok stancji znajdowała się kiedyś struga, dość błotnista. Dalej był bardzo zaniedbany park. Przy murze była stara szopa i leżało kilka spróchniałych bali, na nich to właśnie uczył się przeważnie Marcinek. Ta okolica bowiem przypominała mu dom i matkę.

Marcin był pilnym uczniem, powtarzał wszystko tak długo aż zapamiętał wszystko. Najlepiej szło mu z historii świętej. Gorzej było z rosyjskim i arytmetyką. W owych przedmiotach pomagał mu korepetytor. Niestety wyjaśniał on chłopcu wszystko po rosyjsku, co jeszcze bardziej zaciemniało w głowie Marcinowi. Z polskiego zaś nigdy nic nie zadawano, tak więc mały Borowicz nie zawracał sobie tym myśli.

Korepetycji udzielał Marcinowi pan Wiktor Alfons Pigwański, będący uczniem 7 klasy. W głowie mu krążyła głownie poezja, przez co uważany był za osobę bardzo roztargnioną. Pisywał on wiersze z błędami i pełne rusycyzmów. Mówił w nich o swojej śmierci, pogrzebie. Czasami pisał elegie o miłości, nikt jednak nie dochodził do kogo lub czego skierowana była ta miłość. Stare panny Przepiórkowskie wyśmiewały jego dzieła. Jednak i one nie znalazły w Klerykowie bohaterek wierszy Pigwańskiego.

Na stancji oprócz małego Borowicza mieszkali bracia Daleszowscy oraz Szwajc. Najstarszy z braci Daleszowskich uczeń 4 klasy, często okazywał swoja wyższość nad Marcinkiem. Chlubił się też srebrnym zegarkiem. Marcin uważał go jak korepetytora, za kogoś ważniejszego nawet od nauczyciela z Owczar. Pozostali bracia Daleszowscy, drugoklasiści też często kpili z chłopca i oszukiwali go sprytnie w grze.

Lepsze kontakty miał Marcinek ze Szwarcem, który tez był ogólnie pogardzany przez chłopców. Powodem tego było powtarzanie przez chłopca pierwszej klasy. Ale i tak udowadniał on że jest wyżej w szkolnej hierarchii niż Borowicz. Jego zdaniem wstępniaki nie były jeszcze prawdziwymi uczniami i prawdziwy pierwszoklasista ma prawo dać im w zęby kiedy zechce. Marcinek często się z nim o to bił, ale i tak chłopcy zawarli komitywę między sobą, przeciwko trójce braci.

Mimo wszystko Marcinek na stancji czuł się bardzo osamotniony w swoich smutkach i rozterkach. Nawet Bule, bo takim przezwiskiem określano Szwarca, nie mógł powiedzieć o tym iż nie rozumie arytmetyki. Ten bowiem kwitował jego żale z kpiną w głosie, słowami, że arytmetyka jest niczym jeśli porówna się ją do 3 deklinacji łacińskiej, bądź geografii. Marcin był przerażony tym co go czeka. Bał się też każdej odpowiedzi przed nauczycielem.

Dużo serca dawała mu jedynie Stara Przepiórzyca. Kobieta okazywała mu troskliwość i niekiedy podsuwała dodatkowe smakołyki w tajemnicy przed resztą. W klasie wydawało się, iż jakieś lepsze spojrzenie miał dla niego profesor Majewski, który bywał gościem na stancji pani Przepiórkowskiej, co stanowiło jego obowiązek służbowy. Im bardziej jednak poznawał sytuację rodzinną Marcinka, utwierdzając się, że nie jest on synem bogatych dziedziców, tym bardziej ograniczał swoje dobre względy w stosunku do Borowicza.

Sala klasy Marcinka znajdowała się na parterze gimnazjum. Piętro wyżej zajmowane przez starszych uczniów, było obiektem westchnień młodszych dzieci. Zwane było przez nich cukiernią. Nad wrzawą jaka powstawała na przerwie nie mógł nawet zapanować stary woźny. Zresztą bijatyki i wrzawa napawały go dobrym humorem.

Podczas długiej przerwy trwała na dworze wojna na kasztany. Walczyli uczniowie klas 2 i 3 zjednoczeni ze sobą, przeciw pierwszakom i wstępniakom. Jedni nazywali się Grekami, drudzy Persami. Wojna zawsze kończyła się guzami na głowie i podbitymi oczami. Grupa Persów przeważnie gorzej ustawiona na podwórzu, najczęściej musiała uciekać.

Nikt nie odważał się na to by interweniować bo od razu dostawał serię z kasztanów, którymi obrywał sprawiedliwie od obu stron. Pan Majewski zaś unikał wychodzenia podczas takich bitw.

Przeszkadzały mu bowiem polskie przezwiska. Wojnę kończył zawsze dzwonek. Obrażenia czasami bywały bardzo bolesne. Po jednej takiej bitwie Pers – Marcinek dochodził do siebie przez 2 tygodnie.
W klasie chłopiec zajmował miejsce obok Tomcia Gumowicza, syna akuszerki, która często dowiadywała się o wyniki syna, nie szczędząc mu za brak wyników w naukach lania. Majewski zaś w szkole wyśmiewał Gumowicza, za jego pochodzenie.

Chłopiec starał się, ale strach przez nauczycielem często nie pozwalały mu przekazać wiedzy. Cała klasa naśmiewała się z chłopca, a ten z odpowiedzi najczęściej dostawał dwóje.
Po kolejnej takiej sytuacji chłopiec ze smutkiem wrócił do ławki, usiadł koło Marcinka, który też go wyśmiewał. Tego dnia Romek nie mógł w klasie powstrzymać łez, co bardzo zmieniło stosunek Borowicza do niego. Zaczął on w tej chwili współczuć koledze ze szkolnej ławy.


Szukaj innych prac na sciagawa.com.pl (wyszukiwanie wewnątrz strony):
Twoja wyszukiwarka
Strona główna