W gimnazjum klasycznym w Klerykowie, na dolnym długim, wyłożonym piaskowcem korytarzu zebrali się rodzice. Byli tam zarówno urzędnicy, szlachta, księża, przemysłowcy jak i zamożniejsi chłopi. Czuło się tam smutek zebranych i zapach po niedawno przeprowadzonym remoncie.
W przedsionku spał woźny – Pan Pazur, nazywany tak przez uczniów. Wypowiadał on się dość specyficznym językiem, często nikomu nie zrozumiałym. Stanowiącym połączenie polskiego, rosyjskiego i bliżej nikomu nieznanych gwar, a także neologizmów wymyślanych przez samego woźnego.
Na drugim końcu korytarza znajdowała się kancelaria gimnazjum. Rozmowa wśród zebranych rodziców prowadzona była po cichu, ze względu na to iż mówiono po polsku, co w tych murach było zabronione.
Na owym korytarzu znajdowała się także Pani Borowiczowa z synem, który starał się o przyjęcie do klasy wstępnej. Oczekiwali oni na termin egzaminu, mającego otworzyć ich dzieciom drzwi do tej szkoły. Nikt jednak nie odpowiadał na pytania rodziców, dotyczącego daty tego wydarzenia. Wcześniej wyznaczony termin minął, a egzaminy zostały rozsiane w czasie bliżej na razie nie określonym.
Każdy starał się czegoś dowiedzieć. Marcin także nie miał za sobą żadnego egzaminu, a ilość kandydatów była olbrzymia. Bardzo denerwowało to Helenę Borowiczową. Przez swój wygląd i zachowanie, przechadzająca się po korytarzu matka Marcina, rzuciła się w oczy jakiemuś jegomościowi. Podszedł on do niej i zagadał. Czekał już 4 dzień na jakieś informacje. Zaczął opowiadać o przygotowaniach syna, do mających się odbyć egzaminów. W trakcie jego wywodów pojawił się dyrektor na korytarzu, rozglądając się wokół.
Doszedł do szynkarza, prowadzącego raczej monolog niż rozmowę z matką Marcina i odezwał się do niego i bez wstępów zapytał, kim jest. Mężczyzna przedstawił się jako Józef Trznadelski, nie potrafił jednak składnie odpowiedzieć na pozostałe pytania dyrektora. Ten bez słowa odwrócił się i wrócił do swojej kancelarii
Na korytarzu znajdowali się też gimnazjaliści ubrani w mundury, czekając na egzaminy poprawkowe. Jeden z nich zaczepił Marcina komentując złośliwie jego ubranie. W odsieczy synowi ruszyła matka. Gimnazjalista widząc, że ktoś stanął za chłopcem rozpłynął się w oddali zjeżdżając po poręczy. W tej chwili obudził się woźny przywołując gimnazjalistów do porządku. Wywołało to jednak skutek odwrotny. Uczniowie w odpowiedzi, na krzyki woźnego wyśpiewali prześmiewcza piosenkę o panu Pazurze.
Borowiczowa podeszła do chwile wcześniej ośmieszonego woźnego, z pytaniem czy nie wie coś o egzaminach. Ten jednak nie zareagował jednak na jej pytanie, dopiero, gdy dostał pieniądze. Podpowiedział jej by poszła do sekretarza, jak wyjdą stamtąd nauczyciele. Pani Borowiczowa rozpowszechniła tę wiadomość. Po pewnym czasie nauczyciele z dyrektorem udali się do klas położonych na piętrze szkoły. Pozostało ich na dole niewielu. W jednej z sal trwał poprawkowy egzamin, któremu przypatrywał się Marcinek, przez szparę w drzwiach. Po tym co tam zobaczył, Marcin zaczął się bać, iż nie zda swoich egzaminów. Tematy o które wypytywał ucznia nauczyciel w tej klasie, były mu całkowicie nieznane.
W chwili gdy kancelaria opustoszała, weszli tam rodzice by dowiedzieć się cokolwiek na interesujący ich tak bardzo temat. Siedział tam sekretarz nie zwracając początkowo żadnej uwagi na ludzi. Dopiero po chwili zareagował na chrząkniecie. Zbył rodziców stwierdzeniem, że on nic na ten temat nie wie, coś tylko słyszał, że egzamin ma być jeszcze w tym tygodniu. Rzekł, że informacji jedynie może im udzielić Pan Majewski, odpowiedzialny za klasę wstępną. Po tych słowach urzędnik wzrokiem dał im do zrozumienia, iż mu przeszkadzają. Ludzie opuścili wiec kancelarię.
Wszyscy byli znużeni długim, na razie bezcelowym oczekiwaniem. Także Marcin z mamą mieli już dość. Chłopiec źle się czuł w tym mieście. Wolał być na wsi. Tęsknił już za rodzinnymi stronami.
Z gimnazjum Borowiczowie poszli do hotelu i pozostali już w pokoju. Matka kazała synowi powtarzać gramatykę rosyjską, sama zaś postanowiła się przespać, co jej się niestety nie udało. Wokół było mokro i wilgotno, a za oknem słychać było głośne wrzaski. Jakąś kłótnie między ojcem, a synem.
Marcin powtarzał zgodnie z zaleceniem matki gramatykę wyglądając przez okno na okolicę. Widział na dziedzińcu izraelitę, który rozmawiał z numerowym. Za chwilę żyd zapukał do ich mieszkania. Przedstawił się jako kupiec zbożowy chciał porozmawiać o interesach. Nie słuchał Pani Borowiczowej, iż w takim sprawach powinien skontaktować się z jej mężem. Wszedł siłą do pokoju, nie zwracając uwagi na protesty kobiety.
Połączyła ich rozmowa o gimnazjum. Pani Borowiczowa dowiedziała się, iż jest ponad 100 kandydatów na 34 miejsca w klasie do której usiłował dostać się Marcin. Żyd rozwijał przed kobietą wizję wielkich trudów przy przyjęciu. Borowiczowa doszła do wniosku, iż ten człowiek jest złym znakiem. W trakcie rozmowy zmienia jednak zdanie. Mężczyzna opowiedział jej jak postąpił jego brat, gdy oddawał syna do gimnazjum. Postąpił w ten sposób, ze poszedł do Pana Majewskiego prosząc, by ten uczył chłopca.
Ojciec wiedział, iż wtedy na pewno syn dostanie się do szkoły, a koszty nie były zbyt wysokie.
Zainteresowało to matkę Marcina. Poprosiła więc Żyda by dowiedział się ile to kosztowało.
Opłaciła mu nawet doróżkę, byle szybko przywiózł jej wiadomości. Kupiec wyszedł i wrócił dużo szybciej niż kobieta się spodziewała. Przyniósł informację, że Majewski brał 3 ruble za godzinę nauczania. Podał też kobiecie jego adres. Ta zaś dziękowała mu bardzo za okazaną życzliwość. Jednocześnie dała mu do zrozumienia, iż nie ma już więcej czasu na rozumowę.
O pierwszej poszła z synem na obiad, pisząc jednocześnie do męża list, by pożyczył 25 rubli na korepetycje Marcina. W restauracji prawie nie ruszyli posiłku. Myśli Borowiczowej krążyły wokół wydatków jakie ponoszą, na naukę syna. Jednak wiedziała, że muszą dać rade. Bo wiedza i wykształcenie Marcinka są bardzo ważne. Dumała też, jaki będzie jej syn za kilka lat, jednocześnie obserwując kelnera. Dała mu duży napiwek, by to był jak gdyby zadatek na szczęście dla ich jedynaka.
Po obiedzie udali się pod podany adres, by porozmawiać z profesorem Majewskim. Otworzyła jakaś kobieta (potem dowiedzieli się, że to żona profesora), a następnie wprowadziła ich do pięknie i ze smakiem urządzonego saloniku. Mąż miał wrócić za 30 minut.
Pani Borowiczowa przycupnęła na krześle rozglądając się po pokoju, i oglądając jej wyposażenie. Marcinek stał grzecznie obok niej. Kobieta zaczęła się zastanawiać czy dobrze robi, czy nie popełnia błędu. W pewnej chwili pani Helena w rogu pokoju zobaczyła ikonę, uświadomiła sobie, że profesor przeszedł na prawosławie. Z tego spostrzeżenia zrodziła się myśl, że może nie jest on dobrym człowiekiem.
W końcu po długim oczekiwaniu pojawił się profesor. Nauczyciel przywitał się z Borowiczową, rozpoczynając rozmowę po rosyjsku. Kobieta zaś nie znając tego języka i nie chcąc urazić profesora, zwróciła się do niego po francusku. Tym razem mężczyzna nic nie zrozumiał. Przeszedł wiec na język polski, w dalszej rozmowie z matką chłopca. Pani Helena zaczęła mu wtedy tłumaczyć mu po co przyszła. Majewski pozornie się wahał. Postanowił jednak przepytać Marcinka, by ocenić jego wiedzę. Chłopiec odpowiadał całkiem nieźle. Po krótkim namyśle i ponagleniu Borowiczowej, Majewski zgodził się dać dziecku kilka lekcji. Jednak powiedział, iż sposób wymowy Marcinka zostawia wiele do życzenia.
Ktoś zapukał do drzwi i nauczyciel dał do zrozumienia, iż już kończy tę swego rodzaju audiencję. Pani Helena postanowiła od razu zapłacić za lekcje. Dała mu 25 rubli za 8 godzin korepetycji. Nauczyciel wydał jej resztę. Następnie się pożegnali i Borowiczowa z Marcinkiem udali się do wyjścia. Przed opuszczeniem domu, nauczyciel pokazał chłopcu gdzie ma przychodzić na 17, co dzień na korepetycje. Pogłaskał go na pożegnanie po głowie.