Streszczenie rozdziału 2

 

Streszczenie Syzyfowe Prace - rozdział 2

Minęły 2 miesiące od czasu, gdy rodzice przywieźli Marcinka do szkoły w Owczarach. O jego osiągnięciach donosiła im w liście pani Marcjanna. Z korespondencji mogli się oni dowiedzieć, że chłopiec potrafił już czytać po rosyjsku i liczyć proste zadania. Potrafił też już pisać dyktanda w języku rosyjskim.

Po szkole około godziny drugiej po południu Pan Wiechowski uczył Marcinka dodatkowo w domu. Usiłował przybliżyć mu zarówno czytanie jak i rozbiory. Najtrudniejsza dla chłopca była zaś arytmetyka, nie rozumiał on bowiem wielu rosyjskich nazw, które przybliżał mu nauczyciel i jakich wymagał. Chłopiec nie potrafił jednak równocześnie myśleć o zadaniu arytmetycznym i znaczeniu słów jakich używał nauczyciel do jego objaśniania.

W chwili gdy Marcin miał taki gorszy dzień i wrażenie, iż nie pojmie tego wszystkiego, rodziły się w nim wyrzuty sumienia. Myślał o tym, że zawodzi rodziców i że nie kocha ich widocznie dostatecznie mocno, bo nie umie się nauczyć tak by ich zadowolić.

Kolejną zmorą dla Marcina były dyktanda rosyjskie. Nauczyciel powtarzał mu, że żeby dostać się do klasy wstępnej nie może robić więcej niż 3 błędów. Niestety chłopiec robił ich dziesięć razy tyle, a im bardziej się starał tym gorzej mu one szły. Chłopiec uczył się też pod czujnym okiem Pana Wiechowskiego gramatyki rosyjskiej i wierszy. Najłatwiej jednak ze wszystkiego wchodził mu katechizm, a wielką przyjemność przynosiła mu kaligrafia. Niestety z czasem przez to, że ubiory Marcina bardzo brudziły się przy pisaniu, nauczyciel zabronił mu używania atramentu.

Nie wolno mu też było mu bawić się z kolegami, bo zdaniem jego opiekunów wywierali oni na niego zły wpływ. Chłopiec siedział więc w domu i bardzo źle się czuł wyglądając tylko w dal przez okno.

Marcin wkuwał zadane lekcje. Wszędzie widać było śnieg. Krajobraz szary i nudny, był tak samo monotonny jak to co próbował przyswoić chłopiec. Tęsknił już do rodziców, ale aby go nie "rozmazgajać" nie przyjeżdżali oni do niego wcale.

Dzieci nie opuszczały prawie wcale miejsca tymczasowego zamieszkania. Jeden tylko raz Józia z Marcinkiem poszli na spacer z żoną Pana Ferdynanda. Marcinek wtedy spoglądał w rodzinne strony i zaczął płakać. Niestety skończyło się to kolejnymi uwagami nauczycielki.

Na początku marca Pan Ferdynand przywiózł do domu informację, iż przyjeżdża do ich szkoły dyrektor. Na dzieciach nie zrobiło to żadnego wrażenia, za to Pani Marcjanna i otoczenie bardzo się przejęło. Marcinek czekał na to co się będzie działo. W szkole nauczyciel dwoił sie i troił by nauczyć dzieci odpowiednich formułek i wiadomości na przyjazd wizytatora. Nie szczędził im też przy okazji razów za brak postępów w nauce. Sam też wieczorami usilnie pracował, chcąc dobrze wypaść przed naczelnikiem. Nawet klasa i dom zostały wyszorowane i przygotowane na przybycie gościa.

Pan Wiechowski zaopatrzył również dobrze spiżarnie, a obejście zostało wysprzątane.
Pani domu przygotowywała przyjęcie na przyjazd "tajemniczego (dla Marcinka) dyrektora". Ostatnie dwadzieścia cztery godziny przed jego przybyciem, w szkole i na przyszkolnej stancji panował chaos i straszne zdenerwowanie. O tym, że gość już nadjeżdża miał zawiadomić oczekujących w Owczarach, informator od nauczyciela w Dębicach.

W dniu spodziewanej wizytacji w posprzątanej izbie początkowo stał w oknie nauczyciel, po czym pozostawił Marcinka na straży. Koło 10 chłopiec zobaczył, że ktoś się zbliża. Czując się bardzo ważny w wypełnianiu swojej misji poszedł więc powiadomić Małgosię służącą, że posłaniec idzie. Służąca zaś udała się do nauczyciela i zawołała Wierzchowskiego.

Nauczyciel szybko wszedł do izby i ubrał się odświętnie. Marcinkowi i Józi zaś nakazał się schować, sam modląc się przed obrazem. Dzieci zgodnie z poleceniem schowały się za drzwiami by nikt ich nie odnalazł w kącie szafarnii.

Po dwóch godzinach, Małgosia z nauczycielką wpadły do domu wołając i lamentując, iż oczekiwany naczelnik nadjeżdża. Dzieci dotąd ukryte, wiedzione ciekawością zaczęły wyglądać przez dziurkę od klucza. Niewiele jednak ujrzały i gdy gość z nauczycielem weszli do szkoły, dzieci wróciły do kryjówki.

Na stancje wszedł nastawiony zdawało się życzliwie do wszystkich kierownik dyrekcji naukowej pan Piotr Nikołajewicz Jaczmieniew. Nauczyciel uspokoił się lekko, widzac pogodną twarz wizytatora. Przybyły dyrektor zaś odezwał się do dzieci. Te jednak nie wiadomo czy ze strachu, czy z jakiego powodu zapomniały jak się mają odezwać na powitanie gościa.

Sytuację na rozpaczliwie znaki nauczyciela uratował dopiero Michcik. Dyrektor popatrzył się zarówno na nauczyciela jak i na zgromadzone dzieci, oświadczając, że chce teraz posłuchać ich czytania. Kazał jednak wyznaczyć przedstawiciela do tego zadania Wiechowskiemu. Nauczyciel wybrał oczywiście Michcika siedzącego w 4 ławce.

Wizytator zaś przysłuchiwał się chłopcu. Potem poprosił go o zreferowanie tego co przeczytał. Jednocześnie w połowie jego wypowiedzi zadał pytanie z matematyki. Oczywiście odpowiedz była prawidłowa. Pan Wiechowski jakby podbudowany tym, że tak dobrze wszystko idzie zaczął kusić niestety los. Poprosił Piątka jako następnego przedstawiciela uczniów do czytania. Dyrektor z jego wystąpienia nie był jednak już taki zadowolony. Chcąc posłuchać kogoś innego poprosił o kolejną osobę, co wprawiło nauczyciela w zakłopotanie. Nikt, bowiem poza wywołaną wcześniej dwójką nie umiał czytać po rosyjsku.

Nie mając jednak wyjścia wywołał kolejnego ucznia. Ten jednak po kilku wyrazach zwątpił. Wkońcu schował się pod ławkę.

Wizytator po tej sytuacji zaczął, więc przepytywać osobiście dzieci, ale kiepsko im szło. Na pytanie jednak zadane poprawną polszczyzną czy ktoś umie czytać po polsku uzyskał wiele twierdzących odpowiedzi. Zaczął wiec dociekać kto ich nauczył czytania po polsku. Odpowiedzi padały różne. Kolejne pytanie skierował już do Wiechowskiego, dociekając czy do szkoły przychodzi ksiądz. Pan Ferdynand jednak zaprzeczył, mówiąc, że w ich miejscowości nie ma księdza.

Piotr Nikołajewicz Jaczmieniew podsumował to co zobaczył, mówiąc iż Wiechowski jako Polak i katolik prowadzi propagandę polską, bo dzieci lepiej mówią i czytają po polsku niż po rosyjsku. Nauczyciel miał świadomość, po tych słowach, że może stracić posadę. Posmutniał, a Jaczmieniew dalej prowadził swój monolog, mówiąc o tym, iż to co spotkał w tej szkole jest niezgodne z jego poleceniami i wymaganiami władzy.

Wiechowski próbował się jeszcze ratować Michcikiem, jednym z dwójki czytających po rosyjsku dzieci. Został jednak zgaszony przez dyrektora. Wizytator oświadczył mu, że tak jak w każdej szkole ktoś jest dobry a reszta nie umie nic i tylko ta jedna osoba jest wystawiana do odpytywania. Ma więc go nie zwodzić, bo nie dopełnił sowich nauczycielskich obowiązków.
Nauczyciel chcąc jakoś załagodzić dyrektora pragnął zaprosić go do siebie na poczęstunek, lecz ten odmówił.

Pan Ferdynand czuł się przegrany. Jako ostatnią deskę ratunku chciał wykorzystac jeszcze informację, iż dokumenty są dobrze prowadzone. Niestety wyprowadziło to jeszcze bardziej Piotr Nikołajewicza Jaczmieniewa z równowagi.

Oświadczył on wprost Wiechowskiemu, że kłamie zestawieniach, które mu przysyła o dzieciach mówiących i czytających po rosyjsku.

Jaczmieniew wyszedł zostawiając oniemiałego nauczyciela. Ten odesłał dzieci do domów. Sam rozpaczając co teraz z nim będzie. Wiedział, że pewnie zostanie bez pracy, więc jak przyjdzie mu utrzymać siebie i rodzinę? Ciężko płakał. Po pewnej chwili zobaczył jednak butelki piwa przygotowane na przyjazd gościa. Od tej chwili pił, płacząc cały czas.

Przy piątej butelce ktoś stukaniem do drzwi mu przerwał. Nauczyciel otworzył je i zobaczył w nich znów Jaczmieniewa w nieodłącznym kożuchu. Przybyły uścisnął mu dłoń, prosząc o wybaczenie za złe osądzenie. Twierdził, że nie chciał go skrzywdzić i za miesiąc podniesie mu pensje. Pan Ferdynand nie uwierzył w to co usłyszał. Pewny, że to efekt majaków z upojenia po tylu piwach.

Jaczmieniew zaczął wracać do powozu, Pan Ferdynand wyszedł za nim odsunął baby stojące przy drzwiach i wsadził wizytatora do karety. Wrócił do domu nadal przekonany, że śni i że to wszystko mu się tylko wydaje zdaje. Nie przyszło mu do głowy po tym co działo się w klasie, że jakimś cudem wizytator, mógłby tak zmienić zdanie.

Ze stanu otępienia wyrwała go dopiero żona. Przyniosła ona wieści, wyjaśniające zaistniałą sytuację. Okazało się, iż zebrane przed szkołą baby, matki uczniów, naskarżyły na niego do Jaczmieniewa, iż źle uczy dzieci. Mówiły, że on tylko uczy po rosyjsku, nic po polsku. Dzieci zaś mimo, że tyle czasu spędzają w szkole, nie znają nadal polskiego. Zabrania im się także w szkole wyznawać wiarę rodziców. Matki domagały się więc natarczywie, przez wzgląd na to wszystko, by przybyły na inspekcję ich szkoły człowiek, wpłynął na władzę i doprowadził do zmiany nauczyciela.

Na te wieści przyniesione przez panią Marcjannę pan Wiechowski szeroko się uśmiechnął, dziękując w myślach babom, że tak na niego sobaczyły. Z tej radości nalał piwa żonie i nawet dzieci i Małgośka dostali po pół szklanki do wypicia.

Marcin zajrzał później do pokoju nauczyciela, zobaczył go z jarzębiakiem odgrażającego się dzieciom, których tu nie było, że będą czytać i śpiewać po rusku i on pokaże im i ich matkom. Po pewnym czasie chłopiec widział jak żona ze służącą ciągnęły pijanego nauczyciela do łóżka.

W tym czasie Dyrektor mijał kolejne widoki wspominając młodzieńcze wycieczki. Po studiach chcąc uczyć w szkole wiejskiej, pragnął zdobyć doświadczenie za granicą. Wyjechał więc z kraju by uczyć się szkolnictwa ludowego. Przebywał w wielu krajach, najlepiej poznał zaś Szwajcarię, którą zwiedzał i w której obserwował sposoby nauczania.

Wizytator zatopił się w miłych wspomnieniach, tęskniąc za przeszłością. Te wszystkie wspomnienia i rozmyślania spowodowały gorzkie łzy u Jaczmieniewa. Dotarło do niego bowiem, że jest bardzo stary i jego młodzieńcze ideały uciekły. Zdał sobie sprawę, że musi rozwijać rosyjska oświatę, by zrusycyzować tutejszych chłopów, aby byli gotowi dla wiary rosyjskiej zrobić wszystko. Chcąc to osiągnąć Rosjanie muszą jednak najpierw zniszczyć ich tradycję i zwyczaje. Dopiero wtedy zbuduje się na tych ziemiach rosyjską kulturę. Dalej zaś będzie można wprowadzić to czego uczył się od szwajcarskich nauczycieli.

Zaczął się zastanawiać, co zrobić by działania na tych terenach były najskuteczniejsze. Zatopił się w rozmyślaniach, karoca zaś jechała dalej po szczytach wzgórza. Wokół panował spokój tylko, od czasu do czasu dymy pisały coś tajemniczo, na nieruchomych polanach.


Szukaj innych prac na sciagawa.com.pl (wyszukiwanie wewnątrz strony):
Twoja wyszukiwarka
Strona główna